Wczoraj wieczorem wróciłam z Warszawy, spędzliliśmy tam kilka dni. Miasto nawet fajnie, ale jak dla mnie nie na dłuższą metę. Dla nas wystarczyły 4 dni, jednak w domu najlepiej. :)
Pierwszego dnia mało co nam się chciało, po odstawieniu bagaży do hostelu wróciliśmy do centrum i zdecydowaliśmy się na Pałac Nauki i Kultury, a następnie zajrzeliśmy do Złotych Tarasów.
We wtorek miejsc, które odwiedziliśmy było więcej - dziedziniec Muzeum Wojska Polskiego, Stadion Narodowy, Syrenka (niestety straciła swój urok poprzez zabezpieczenia ze względu na budowę metra), Centrum Nauki Kopernik, spacer po Powiślu, a następnie Krakowskie Przedmieście i na koniec dnia spotkanie z koleżanką ze studiów, która zabrała nas do wegebaru KroWarzywa, które absolutnie pokochaliśmy (tak, tak, mój mięsożerca również).
Muzeum Wojska Polskiego
W drodze na Stadion Narodowy.
W Centrum Nauki Kopernik - na łóżku Fakira, leżę na igłach!
W Centrum Nauki Kopernik - latający dywan, tyle radościii!
W Centrum Nauki Kopernik - byłam w wielkiej bańce mydlanej.
Na Krakowskim Przedmieściu z Zygim :)
W środę wybraliśmy się do Łazienek, a później pojechaliśmy autobusem na Powązki. Niestety zaczęło tak padać, że od razu wróciliśmy do domu. Kiedy chwieliśmy porobić kilka zdjęć padł nam aparat, mam jedynie kilka z telefonu, ale nie są aż tak super by je tu umieścić. W czwartek pogoda znów dała ciała, więc odpuściliśmy sobie i zdecydowaliśmy się na wcześniejszy pociąg. Kiedy o 15 opuszczaliśmy Dworzec Centralny ujrzeliśmy słońce, cóż za niefart!
Jeśli chodzi o ćwiczenia to o ile w poniedziałek miałam siły, tak we wtorek i środę byłam po spacerach totalnie zmęczona, ale nie mam tego sobie za złe, bo naprawdę dużo chodziliśmy. W kwestii jedzenia 2:2, przyznaję się, że w dniach kiedy byliśmy w podróży trochę sobie odpuściłam jednak nie odbiło się to na mnie źle. Poniżej kilka fotek jedzonka z tych dni: musli z gruszką, sałatka szynka-sałata-pomidor-ogórek-papryka-fasolka-kukurydza, wegeburgery: tofex (mój), jaglanex (Dawida), cieciorex (Lusi), musli z bananem - niestety tylko tyle, przez te 4 dni nie przywiązywałam uwagi do fotografowania jedzonka, zresztą nie wszystko na to zasługiwało. :P
Po powrocie z Warszawy postanowiłam się zważyć dziejszego ranka. Stanęłam, waga wskazała 67,5kg, uff... Później ćwicząc myślałam o tym i oświeciło mnie, że mam za sobą 20kg! Tyle radości. :)
Poniżej zdjęcie z Sylwestra i ze środy, tak dla porównania oraz z sierpnia 2012 i poniedziałku. :)



Fajnie się prezentujesz w tej mojej Warszawie :) A naszyjnik boski!
OdpowiedzUsuńKWITNIESZ! sama stałaś się dla innych motywacją :)
OdpowiedzUsuń